"Popołudnia bezkarnie cytrynowe"
Nad miastem różowe łuny pulsują po zmroku
Bezkształtne wagony złudzeń sterują do domów.
Nie zasną zmęczeni słońcem stalowej równiny
Latarnie bezwiednie mruczą szalone modlitwy.
Jak marnie w tunelach pędu trwoniło się siły
Nieważne, od kiedy bez lęku polegam na ciszy
Znalazłem jedyne źródło i cel wszelkiej racji
Zaprawdę niewiele zabrakło, a byłbym cię stracił.
Nie wiem. komu i jak
Podziękować za los
Co nasycić się dał
Współistnieniem przez Nasz
podwójny czas.
Bezkarne żółte południe oddycha przytomnie.
Przeważnie pijemy wódkę przy stole w ogrodzie.
Niestraszne kosmiczne dziury i groźba wieczności.
Zabawne jak nic nie znaczyłby świat bez miłości.
Słońce na wylot przenika przez głowę
Życie mi płynie przy tobie cytrynowe.
Szczęście, na co dzień odbiera mi mowę
Popołudnia bezkarne i cytrynowe.
Urosły mi włosy. Sięgają do łopatek. Trochę czasu upłynęło.
Zastanawiam się za czym tęsknię. Po raz pierwszy od siedmiu lat nie pojechałam ku Ustroniu... Myślę o tym, jak tam jest. Wspominam jak mi było po raz pierwszy, drugi, trzeci i ostatnio... Każdy był czymś innym. Dzięki temu pierwszemu zmienił się cały mój świat. Przyszli ludzie i są nadal, a to najważniejsze. Ostatni był troszkę obok, ale z Tymi ludźmi właśnie. Dużo bliskości, zbliżająca jeszcze bardziej niepewność, niegasnąca potrzeba bliskości.
- Obóz się zaczął... Ciekawe jak jest... dziwnie mi tak - powiedziałam.
- Ech... ale wiesz za czym tęsknimy? - Asioł zapytała.
- Wiem... za tym, co się nie wróci... za tym czymś, co przynosiło ze sobą tak niespotykaną energię, że człowiek bał się ją stracić, więc pędził w jej pulsie...
Dużo wracam ostatnio do tego co było. Z wdzięcznością, z nadzieją to robię.
Często się wzruszam...
Odwracając głowę w tył zauważam, że wszystko, co się wydarzyło, jest emocją.
Niedawne spotkanie z Bratem Doktora. Rozmowa. Wspomnienia. Rozmawiamy o naszych wspólnych spotkaniach z filmem. Oglądam zdjęcia na stronie nilla i odkrywam niezwykłą, a może banalną prawdę. Okazuje się, że nie potrafię dokładnie przywołać wydarzeń, nie potrafię poukładać kolejności. Wszystko jest dla mnie emocją, uczuciem. Różnym...
"Ewka skacz" to pierwszy raz i wielkie szczęście.
"Jasminum" - wielka tęsknota.
"Siłacz" - pękające serce.
"Jasna strona" - spełnienie marzenia, powrót do domu.
Tytuły widziane przez sercowe szkło. To niezwykłe, kiedy myślisz o czymś i od razu czujesz emocję - konkretną zostawioną w środku, na długi czas. Etapy życia, w które wplata się film. Film, zainspirowany etapami życia. Nawzajem się piszą.
Dojrzewa we mnie myśl. Myśli, której wypowiedzenie bardzo wiele zmieni. Stanie się pomieszanie z poplątaniem, smutek i żal lub będzie najpiękniej.
Jest we mnie Siłacz, zapach Jasminum, Jasna Strona i Ewka, która nie chce skoczyć, mino tego, że słyszy krzyk... są bowiem marzenia!
this is the clock up on the wall
this is the story of us all
this is the first sound
of a new born child before he starts to crawl
this is the war that’s never won
this is the soldier and his gun
this is the mother way to buy
the fall praying for her son
pictures of you
pictures of me
hung up on your wall for the world to see
pictures of you
pictures of me
remind us all of what we used to be
there is a drug that cures it all
blocked by the governmental wall
we are the scientists
inside the lab just waiting for the call
this earthquake weather has got me shaking
inside i’m high up and dry
pictures of you
pictures of me
hung up on your wall for the world to see
pictures of you
pictures of me
remind us all of what we used to be
cause there’s still me
every secret moment
every stolen promise you’ve believed
confess to me
all that lies between us
all that lies between you and me
we are the boxers in the ring
we are the bells that never sing
there is a title we cant win
no matter how hard we must swing
pictures of you
pictures of me
hung up on your wall for the world to see
pictures of you
pictures of me
remind us all of what we could have been
...znalazłam tekst...
Przyszedł Nowy Rok...
Jaki był poprzedni? Trzeba chyba sporo czasu, aby podsumować 365 dni, które się już nie powtórzą. Mnie się jeszcze nie udało.
Święta były pełne refleksji i dziwactw, jak nie święta. Wróciłam z miejsca, w którym się nie płacze i wylałam wszystko.
Chciałabym się nie bać, a cały czas się boję.
Zgubił się gdzieś mój Anioł ... nie pierwszy raz.
Wszyscy, których spotykam, pytają mnie o to samo. I mogę im godzinami opowiadać o tym, co robię. Rozmowa i tak wraca do punktu wyjścia.
Wymyśliłam "Kulki", w które mam wrażenie, że ciągle gram. Gramy. Chwytam je i wrzucam do kieliszka. Zawsze uśmiecham się kiedy toczą się w moją stronę. Napełniam nimi kieliszek, który kiedyś, mam nadzieję, wypiję, gdy pragnienieokaże się być nie do zatrzymania.
Dobrze mówią ci, którzy zrobili już więcdej niż jedną filmową opowieść. Pierwsza jest w(y)laniem siebie. Do kieliszka.
Zastanawiam się zatem nad sobą i nad tym, co ze sobą noszę.
I chciałabym znaleźć odwagę.
Dla prawdy.
Pogodzić z tym, że będzie inaczej.
Na końcu odwrócić się i uśmiechnąć.
...przede wszystkim zrozumieć...
Zgubił się mój Anioł... pójdę go poszukać.
-------Girls--------------
-----------are like apples------
-------on trees. The best ones-----
-----are at the top of the tree.-----
---The boys dont want to reach---
--for the good ones because they--
-r afraid of falling and getting hurt.-
-Instead, they get the rotten apples-
from the ground that arent as good,
but easy. So the apples up top think
something wrong with them when in
-reality they're amazing. They just—
---have to wait for the right boy to
---- come along, the one who's-
----------- brave enough to-----
---------------climb all---------
---------------the way--------
--------------to the top--------
-------------of the tree.--------
"JAK śPIą ANIOłY?
Niespokojnie. Ruszają się i przewracają z boku na bok, próbując zrozumieć tajemnicę Żyjących. Nie wiedząc, jak to jest, gdy realizuje się receptę na nowe okulary i nagle znów wyraźnie widzi się świat, z mieszaniną wdzięczności i rozczarowania. Jak to jest gdy dziewczyna o imieniu... po raz pierwszy kładzie ci dłoń tuż poniżej żeber - na temat tego uczucia snują tylko teorie, lecz nie mają o tym pojęcia. Jeśli dacie im szklaną kulę wypełnioną sztucznym śniegiem, nawet nie będą wiedziały, że należy nim potrząsnąć.
Nic im się też nie śni. Z tego powodu mają jeden temat do rozmowy mniej. A wygląda to tak, że kiedy się budzą, mają poczucie, że zapomniały o czymś sobie powiedzieć. Nie mogą też dojść do porozumienia, czy jest to skutek jakichś szczątkowych umiejętności, czy też może empatii, jaką odczuwają w stosunku do Żyjących. Jest ona bowiem tak potężna, że czasami doprowadza je do łez. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o sny, anioły dzielą się na dwa główne obozy. Nawet wśród nich dochodzi więc do smutnych podziałów.
SPRAWY INTYMNE.
To prawda, że anioły nie mają powonienia, lecz w swojej nieskończonej miłości do Żyjących pragną ich naśladować i wąchają wszystko. Podobnie jak psy, nie wstydzą sie obwąchiwać siebie nawzajem. Czasami, kiedy nie mogą zasnąć, leżą z nosem schowanym pod pachą i zastanawiają się jak pachną.
SPORY POMIęDZY ANIOłAMI.
Są wieczne i nie ma nadziei na ich rozwiązanie. Spierają się o to, jak to jest znaleźć się miedzy z Żyjącymi, a ponieważ nie mają o tym pojęcia, mogą tylko snuć domysły, podobnie jak Żyjący rozmyślają o naturze (lub braku natury) Boga.
SAMOTNOść.
Podobnie jak Żyjący, anioły mają czasem dość siebie nawzajem i chcą być same. Ponieważ domy, w których mieszkają są zatłoczone, a nie mają dokąd pójść, w takich chwilach anioł może tylko zamknąć oczy i ukryć głowę w ramionach. Kiedy widzą to inne anioły, rozumieją, że jeden z nich stara się właśnie stworzyć sobie złudne poczucie samotności, i omijają go na palcach. Aby mu pomóc, zaczynają o nim rozmawiać, jakby go wśród nich nie było. Jeśli przypadkiem na niego wpadną, szepczą: "To nie ja".
NA DOBRE I NA ZłE.
Anioły nie zawierają małżeństw. Po pierwsze są na to zbyt zajęte, a po drugie nie zakochują się w sobie. (Jeśli nie wiecie, jak to jest, gdy ukochana osoba po raz pierwszy kładzie wam dłoń poniżej żeber, jaką macie szansę na miłość?).
Ich wspólne życie przypomina nowo narodzone szczenięta: jak one są ślepe, pełne wdzięku i obnażone. Nie oznacza to wcale, że nie czują miłości, ponieważ czują: czasami uczucie jest tak gwałtowne, że biorą je za atak lęku. W takich chwilach doznają silnych mdłości, a ich serca biją jak szalone. Lecz miłość, którą odczuwają, nie jest miłością w stosunku do własnego gatunku, lecz w stosunku do Żyjących, których nie potrafią zrozumieć, poczuć ani dotknąć. Ta miłość ma charakter ogólny (choć to wcale nie umniejsza jej mocy). Tylko czasami zdarza się, że jakiś anioł odkrywa w sobie pewien defekt, który sprawia, że zakochuje się nie ogólnie, lecz konkretnie."
Nicole Krauss
Wszystko, co ostatnio tu zostawiam, przychodzi po dłuższej chwili przeżycia. I może to prawda, że jest mniej spontaniczne i mniej przesiąknięte emocjami, ale w tej chwili, na tym odcinku drogi, który właśnie przechodzę, taka jestem...
To nie znaczy, że czuję inaczej. Nadal tak samo uszczęśliwiają mnie spełniane marzenia moje i ludzi mi bliskich, nadal boli to, co wchodzi butami w cudzą intymność i próbuje ją urobić według własnego przepisu, nadal czekają niewykorzystane szanse, nadal idę do przodu.
Oglądam się czasem za siebie - nie umiem inaczej. I na wszystkie szczęścia tego świata, to, co jest mi harmonią nadal gra.
Przede mną studia, o których marzyłam, lecz marzenia były mniejsze niż strach. Że nie będzie czasu, że za duże pieniądze, że może już nie trzeba... A wystarczył w zasadzie jeden telefon, który poruszył strunę dawno już wybrzmiałą. I zagrała znów, a jej echo odbiło się w najwrażliwszych rezonatorach ciała: sercu i głowie (podobno one nigdy nie idą w parze...) Tym razem zagrały tak samo.
Jak zagrać, aby obudzić znów? Ktoś wie... dziękuję ;)
Inspiracje czerpię zewsząd skąd przychodzą. Czasem sama po nie idę. To jest tak, jak patrzeć na coś i widzieć coś, czego jeszcze tam nie ma, a mogłoby być. Taką inspiracją był filmowy pokój Placyda. Migawka aparatu dźwięczała, a ja próbowałam znaleźć miejsce dla ciała i spojrzenia. Był słoneczny, jesienny dzień...
Jestem tu gdzie jestem, a czasem tam, gdzie mnie nie ma. Ostatni miesiąc spędzony na walizkach. Na ulicach mijani ludzie. Szczęśliwi bardzo inni trochę mniej. Wszystko czego nam trzeba to więcej czasu i ktoś, kto przegadując całą noc, pogładzi po twarzy.
Plan filmowy, Wrocław, dom, Łódź, znów plan filmowy. Spotkania, rozmowy, praca. Refleksja czy sobie poradzę. Długie podróże z zamkniętymi oczami. Przez Polskę, przez umysł, przez czucie.
Wszystko po to, aby zobaczyć "coś jeszcze".
"...and you should guard my dreams... come any time you like..."
Od kilku już lat w jednym miejscu. Od kilku ładnych lat. Tym razem wszyscy razem. Dwanaście osób, a wśród nich Ci, których kocham. I nieważne czy ciepłe czy mokre powietrze, nieważne czy jest pomysł, czy go nie ma. Nieważne czy się nam chce czy nie. Ważne, że wspólnie.
Od najmłodszych lat moja mama powtarzała mi, że przyjdą ludzie, dla których wystarczy być. I miała rację - jak w wielu jeszcze innych kwestiach. Dużo radości, dużo zdjęć, odrobina intymności, szczypta szaleństwa.
Piasek przywiozłam w butach, w kieszeniach we włosach. W torebce przywiozłam podarowany notes z czerpanego papieru w skórzanej oprawie. Gdzieś z dalekiego świata... Będzie czekał na ważne słowa, które będę nosić przy sobie.
A my na co będziemy czekać?
Na to wszystko, co już mamy, a co doceniamy lub nie... Czas płynie, a my chcemy nadal bardziej, więcej. Zastanawiamy się czy tam, za zakrętem, nie będzie czegoś lepszego (innego może), a później okazuje się, że spieprzyliśmy to, co najlepsze. Oby nie...
"Gdybym nie odeszła, nigdy bym nie zrozumiała, jak ważny był dla mnie ten dom." - napisała Fru.
Jeśli musiałabym wybierać to w tej chwili wolę nie rozumieć niż odejść... Kilka już razy docenienie tego, co mam przychodziło w wielkim bólu, wtedy, gdy zabrakło. A ważne jest to, co najprostsze. Bliskość, uśmiech, ciepło, dotyk, rozwijanie siebie nawzajem, poczucie bycia potrzebnym, kubek ciepłej kawy, którym mogę się z Tobą podzielić...
Patrzę właśnie na niewykorzystane bilety warszawskiej komunikacji miejskiej, które leżą przede mną na stole. To tak, jak patrzeć na niewykorzystane szanse podróży. Na szczęście niedalekie, nie do końca stracone...
Ponad miesiąc nie było mnie w miejscu gdzie zostawiłam grupę przyjaciół, pracę, dom. Wyruszyłam tam, gdzie płyną wody Nilla, gdzie pracując, oczekiwałam na kolejne wyzwanie, które miało przyjść między 4 a 11 sierpnia. Festiwal Filmu i Sztuki DWA BRZEGI, Kazimierz Dolny - Janowiec n/Wisłą.
Dwa tygodnie warszawskich przygotowań pełne pracy. Okazuje się jednak, że jest czas dla ciała bo "STAĆ CIĘ NA WSZYSTKO" i dla ducha, często w rytmie wymarzonych i podarowanych nut Ray'a Charlesa. Ta niespodzianka była rozkoszną...
Poznaję też na nowo teksty Jacka Kaczmarskiego w aranżacjach zespołu Habakuk - kołyszą te nuty, ech kołyszą. Rozmawiam. Zastanawia mnie a jednocześnie martwi niespokojna woda Nilla. Konieczność internetowych wiadomości, konieczność słyszanego dźwięku, konieczność działania, brak miejsca na ciszę. Dotykiem staram się uśpić choć na chwilę ten dynamit.
W tym czasie wspólnym jest czas na weekend we Wrocławiu. Czarna i Pani Mecenas urodziny świętują. Spotkanie przynosi dużo radości i dużo pyszności. Są z nami Julka i Tomasz - niezwykle bliscy i ciepli. Czas spędzamy jak zawsze owocnie - mafia i kalambury, eksplozje emocji i adrenaliny. Na tarasie Czarnej jest naszo. Rozpoczynając jeszcze nie wiemy, że Nill tego wieczoru da koncert - koncert radości, a później błogo uśnie, gdy my oddalimy się w stronę domów.
Po wrocławskich wojażach czas na Warszawę i odwiedziny u Kazimierza. Wyruszamy w czwórkę, droga nie jest łatwą. Po prawie trzech godzinach stajemy na kazimierskim Rynku. Zaczynamy oddychać inaczej.
Na początku jestem z Nillem. Po dwóch dniach dojeżdża Asioł, Lolka, Czarna i Pani Mecenas. Dwie ostatnie niestety tylko na trzy dni...
Zabieramy się za pracę. Poranki słoneczne, jest czas na wspólne śniadanie. Mojego towarzysza uczę nowych smaków. Biały ser z miodem. "Mokre i słodkie" - słyszę odpowiedź, gdy pytam jak Jemu smakuje. Ton głosu nie sugeruje zachwytu. Jednakże sięga po kanapkę kolejną i jeszcze jedną. Jutro też będzie podobnie.
W biurze zaczynamy się organizować. Jest gorąco i nerwowo. Wiele zadań można było zrobić wcześniej... To powinno nauczyć.
Sobota potwornie daje w kość. Wtedy zaczynamy. Nie do końca zorganizowani rzucamy się w wody Dwóch Brzegów. Jest niebezpiecznie i bardzo nerwowo. Kiedy przychodzi stan, w którym chcę, aby mnie ktoś otulił kocem i przeniósł przez wody, siadam w cichym miejscu i daję sobie czas, aby to, co się nie mieści, wylać. Szybko wracam do zadań. Na ramieniu czuję dłoń Nilla. Cały Festiwal tak będzie. Dziękuję za troskę i opiekę. Choć czasem zmęczona, czuję się bezpieczna. Dni uciekają bardzo szybko, bardzo intensywnie.
A ja chłonę, słucham, czuję, że współtworzę coś wartego.
I uczę się...
Uczę się tego, że są ludzie, z którymi praca jest niebywałą przyjemnością.
Uczę się cierpliwości i odwagi wyrażania własnego zdania.
Uczę się asertywności, która nie przychodzi łatwo.
Ucze się odpowiedzi na pytanie: "po której stronie chciałabyś być"?
Uczę się tego, że obecność wrocławskich dusz jest niezastąpiona, a powietrze, którym oddychamy wspólnie staje się lżejsze. Nawet wtedy, gdy praca kończy się dopiero grubo po północy.
Uczę się doceniać chwile kiedy jestem szczęśliwa i znajdować je w dziesięciominutowej przerwie na kawę, kiedy jest czas, aby się do siebie uśmiechnąć.
Uczę się chować w ramionach, kiedy tego potrzebuję. Bez wstydu.
Uczę się tego, że te ramiona są i mnie potrzebują.
Uczę się tego, jak bardzo ciepli mogą być ci, którzy patrzą na nas z ekranów. Wiem już także jak mogą być bezczelni - tych na szczęście było mniej.
Uczę się tańczyć w środku nocy na bulwarze nad Wisłą, kiedy Adaś Nowak pyta nas "czy te oczy mogą kłamać?".
Uczę się fascynującej metamorfozy tego, który porywa do tańca.
Uczę się tego wszystkiego co widzę i czuję choć czasem wydaje się, że nie dostrzegam.
Uczę się zastępować słowo „sympatyczny”, mówiąc o mężczyznach.
Uczę się unikać tłumaczenia, że „my nie razem” i zamilknąć kiedy słyszę o podobieństwach do GT i AT i tym, że skoro tak jest, to musi nam się udać.
Uczę się dawać i mówić o swoich potrzebach.
Dużo tego. A wszystko to w tym czasie, w którym wydawało się, że czasu brak. Tam po prostu inaczej się go odmierza. Rytm nadaje puls. A ten puls rodzi pragnienia. Chciałoby się znów.
Po powrocie jeszcze kilka dni w Wawie. Cafe fajka, przybycie „dzieciaków”, wyprawa na zdjęcia. Dużo radości. Coraz więcej odwagi.
- „Co teraz? Co dalej?” – słyszę po powrocie zadane pytanie.
- „Chciałabym żeby tak było zawsze” – odpowiadam – i chciałabym móc usłyszeć, albo przeczytać dwa słowa, dwie litery wystarczą, może kiedyś zasłużę… i znaleźć fotografa, który pozwoli mi spojrzeć w obiektyw. Weźmie mnie za rękę i bawiąc się światłem, pozwoli zobaczyć coś interesującego, bez ciśnienia, bez oczekiwań, bez obrazu wyidealizowanego piękna i strachu, że jeśli ktoś takowego nie posiada, fotografia nie będzie go lubić. Razem to znajdziemy. To dopiero będzie zabawa…